Jestem idiotką.

*przepraszam z góry, za wszystkie wulgaryzmy, ale nie umiem nad tym zapanować

Jestem idiotką.

Jestem pojebana. I otwarcie się do tego przyznaje. Wiem, że nie powinnam, ale z własnej winy się zadręczam. Bo po chuj o Nim myślę? Znowu. Był okres, kiedy w ogóle o Nim nie myślałam (nie okłamujmy się-prawie), ale na pewno nie w takiej ilości jak teraz. Ale to chyba dlatego, że teraz częściej go widzę. I jeszcze do tego ta jego, pożal się Boże „dziewczyna”. Jeszcze jakby to było jakieś big love, ale błagam, co to w ogole jest?!
Historia jest taka: leciał na jedną dziewczynę, wiem, bo sam mi to mówił, ale ona go nie chciała. I wymyśliła sobie, że powie swojej słit przyjaciółce, że On leci na nią (na tą przyjaciółkę)i odwrotnie- że ona leci na niego. I zaczęli ze sobą chodzić, tak nagle. Nie mówiąc już o tym że ta dziewczyna wkopała także mojego kuzyna, a jego przyjaciela, któremu strasznie podobala się owa dziewczyna, z którą chodzi teraz On. Suki. Obie.

Tak, wiem, aż kipię czystą niepochamowaną zazdrością. Zazdrość- coż za uczucie. Prawda jest taka i nie mam zamiaru się oszukiwać, jestem zazdrosna o niego. Nie będe tutaj pieprzyć tych wszystkich pierdół typu, że nie powinnam,  że mi nie wolno bla bla bla… To nic nie daje. I tak będe zazdrosna dalej. Ja pierdole tylko że ja nie chce być! To naprawdę nie jest mi potrzebne do życia. Okej, rozumiem, być zazdrosnym o kogoś, kto coś do ciebie czuje, ale być zazdrosnym o jakiegoś idiotę, to już inna historia.
Nie daję sobie rady. Nie radzę sobie. To wszystko jest tak pojebane, że aż chce mi sie śmiać i płakać jednocześnie.. I jeszcze to uczucie w środku. Ta bezradność kiedy nie można nic zrobić. Kiedy zostajesz sam ze swoimi myślami i swoimi uczuciami. Kiedy widzisz Tą osobę, która nie patrzy na ciebie, tylko na kogoś zupełnie innego. Ja pierdole, co jest ze mną nie tak? Czemu nie mogę mieć najnormalniej w świecie „wyjebane”, tylko się przejmuje?! I jeszcze ‚czym’ się przejmuje – człowiekiem, który całkowicie ma na mnie mnie w dupie i dla którego znaczę tyle co nic. Wiem, żałosna jestem.
Tylko to boli. I czasem mam wrażenie, że już zawsze będe mieć słabość do Niego. Że już zawsze gdzieś będzie On. Owszem, będa jakieś romanse, ale co to zmieni? Czy muszę być skazana na niego?
To mnie rani. Nie on, bo on nie jest winny. Ranię się sama. Dobrowolnie i świadomie.

Dobra nie okłamujmy się – nie mogę NIE pisać o panu J. Nie mam z kim pogadać na ten temat, więc pozostanie mi pisanie o nim. Przepraszam, bo obiecałam, że już nie będe, kiedyś tam.No nie dam rady.

Frajerka, idiotka, naiwniaczka, kretynka..Cała ja.

So can we do it all over again ?

To nie tak, że za Nim tęsknię. Nie, to nie to. To raczej hmm.. wspomnienia. Tak, to wspomnienia trzymają mnie przy tym człowieku. I fakt, że to wszystko działo się rok temu. Dokładnie rok temu, z początkiem wiosny rodziło się to uczucie. Piękne czasy były. Na samo wspomnienie łza kręci się w oku. Ale STOP, już sobie raz powiedziałam, że żadnych łez przez niego. Łzy już były, zachorowanie już było. Wszystko już było. Ale co się będę okłamywać – znów chciałabym tak po prostu do niego podejść i go pocałować . Dotknąć jego ust, zatopić w pocałunku, chwycić go za ręce. Spojrzeć w jego ciemne oczy, zobaczyć uśmiech i te przeurocze dołeczki na twarzy. Dotknąć jego włosów, poczuć jego zapach..
Marzenia marzeniami. Wiem, że to co było już już wróci i nigdy nie będziemy razem. Ten rozdział się skończył, uczucie wygasło, my się zmieniliśmy. To skomplikowane. Już nigdy nie będzie tak jak było. I żadne z nas nie będzie starało się do tego wrócić. Nasza znajomość została zakończona wraz ze słowem „koniec”.

Więc czas zacząć kontynuować ten rozdział, który się zaczęło.. Nowy rozdział.



C jak CZAS, czyli o tym co było, jest i będzie

Czas nie leczy ran. Czas nie sprawia, że zapominamy. Czas przyzwyczaja jedynie do bólu.

Nie da się zapomnieć kogoś, kogo się kochało. Nie ma szans. Jeśli ktoś raz zagości w naszym sercu, zawsze tam pozostanie. Bez wyjątku. Zawsze pozostanie jakieś uczucie do tej drugiej osoby, bez względu na to, czy ją nienawidzimy czy nie. To dziwnie, kochać i nienawidzić jednocześnie..
Gdy spotykasz tą drugą osobę, mimowolnie nachodzą cię wspomnienia. I ból. To uczucie pustki i jednocześnie załamania. Przecież byliście razem, przecież coś was łączyło. Przecież było słowo: kocham.. Ale z momentem odejścia, ta niewidzialna nic, która was łączyła, się rozerwała. Każdy został ze wspomnieniami. I z tym cholernym bólem. Ale potem było już coraz lepiej.
Z dnia na dzień udało ci się wygrywać. To przez ten nieustannie biegnący czas. To on pozwolił ci się wygrywać tą cichą walkę z tym uczuciem. Przyzwyczajałeś się do tego, dzięki czemu nie załamałeś się całkowicie. Z czasem pozwoliłeś sobie a wspomnienia. Z czasem zacząłeś patrzeć na inne osoby w pobliżu. Z czasem pozwoliłeś sobie na inne uczucie.
Ale choćby nie wiem co, czas i tak nie pozwoli ci zapomnieć. Gdy kiedykolwiek spotkasz tą osobę, mimowolnie w sercu pojawi się to uczucie. Uczucie, które trudno nazwać. I pytanie w głowie: dlaczego ? Dlaczego kiedyś byliśmy tak blisko, a teraz nie umiemy nawet na siebie spojrzeć ? Dlaczego przedtem umieliśmy porozmawiać, a teraz przez gardło nie przechodzi nam zwykłe powitanie ?
Czas nie leczy ran. Czas nieubłaganie idzie dalej, a mu dojrzewamy. To, co kiedyś wydawało nam się daleką przyszłością, coraz bardziej się przybliża. To, co było niedawno, oddala się od nas. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają. My się zmieniamy. A czas płynie. I nie da się go zatrzymać, chociaż byłoby to wspaniałe. Jakie życie byłoby proste, gdyby można było zatrzymać czas w tej jednej, najcenniejsze sekundzie. Wtedy, gdy spełniają się nasze marzenia.
Ale czas płynie dalej. Może czas zacząć go w końcu wykorzystywać z całych sił ?

 



Pan M. czyli krótka historia mojej „Miłości”…

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że dociera do mnie to, co miało dotrzeć parę miesięcy temu. Taki szok pourazowy, z półrocznym opóźnieniem. Ale to musiało się stać, prędzej czy później. I stało się. Dotarło do mnie, że to wszystko się skończyło.Wtedy serce mi pękło. Dosłownie. Kiedy usłyszałam te słowa. „To koniec”. Powiedział, i odszedł. Niby coś tam tłumacząc, ale przede wszystkim kłamiąc. Po prostu odszedł.

Pan M. Imię od najsłynniejszego świętego na świecie, który obdarowuje nas prezentami. Ale dla mnie i tutaj niech będzie pan M. Będzie mi jakoś łatwiej. Kim dla mnie był ? Najważniejszą osobą na świecie. Dokładnie od tamtego sylwestra.Wtedy to wszystko się zaczęło. Cała nasza znajomość. Wszystkie sms’y, spotkania, flirty. Powoli się do niego przekonywałam, chociaż tego nie chciałam. A potem była impreza, po której, wydawało mi się, że wszystko się skończyło.. Tak to wyglądało. Zresztą sam przyznał, że to nie ma sensu, że po tym incydencie już nie będzie tak jak było. I wtedy dotarło do mnie, że go kocham. Tak naprawdę. Wcześniej się do tego nie przyznawałam, ale taka była prawda. Kochałam go, a on kochał mnie..
Potem nadszedł okres tak zwanej separacji. Totalny dół. Bez możliwości wyjścia. Załamanie moje i jego. Aż do momentu, kiedy do niego dotarło. Dotarło, że nie może o mnie zapomnieć. A ja o nim. Dobijała nas ta obojętność w stosunku do siebie. I wtedy właśnie spełniło się moje marzenie, spełniła się to,co chciałam. Chciałam być z nim. I byliśmy razem. Tak po prostu, tak prawdziwie. Bez tego dziecinnego: „Będziesz ze mną chodzić”. Po prostu. Rozmowa, która zmieniła wiele, była po prostu niesamowita. Taka już hmm.. całkiem dorosła. Wszystko to, co leżało nam na sercu zostało powiedziane, wszystkie smutki odpłynęły.

Byłam ja i pan M.  A. i M. Oboje. Ja jego, on mój. Ideał. Wysoki, przystojny z burzą kręconych włosów dookoła głowy. Kudłaty. Mój Kudłaty, nikogo więcej. I było cudownie. Wszystkie spotkania, wszystkie pocałunki, wszystkie akcje, wszystkie spojrzenia, maleńka zazdrość, wszystkie rozmowy. Wszystko było tak jak powinno być. Oczywiście, jak przystało na osobę, która nie docenia siebie tak jak powinna, nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam uwierzyć w to, że to wszystko się dzieje. Byłam mega szczęśliwa. Były wakacje, które spędzałam z najlepszymi ludźmi i z kimś, kogo kochałam.
Ale gdzieś w głębi serca totalnie się bałam. Na początku były te wszystkie pytania, jak to będzie i w ogóle. Ale ten strach minął. Potem przyszło to uczucie. Dziwne uczucie. Przez cały czas miałam wrażenie, że to zaraz się skończy. Bałam się tego, ale nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Po prostu jakaś maleńka część w mojej głowie się bała. Ale to pewnie dlatego, że to jestem ja. Osoba, która zawsze wszystkim się przejmuje.
Life is brutal, jak to mówią. Pewnego dnia wszystko się skończyło bo pojawiła się ta druga. Nie będę owijać  w bawełnę, że jej nienawidzę. Suka. Po prostu się pojawiła, a pan M. nie omieszkał się nią zainteresować. I wtedy wszystko się skończyło. Wszystko. Całe to popierdolone love story ! Nie było nic, z dnia na dzień wszystko się zmieniło.

Rozstanie ? Chujowe uczucie. Ból ? Niedopisania. I pierwszy i z pewnością nie ostatni płacz przez faceta. Potem był alkohol i zapijanie smutków. Pomogło na chwile, na tą najgorszą chwile, bo nie myślisz o Nim tylko o twoim kacu. Polecam. Potem są ludzie, którzy ci pomogą. Możesz się wypłakać, a oni nic ci nie powiedzą. Ale to są ludzie, których jest mało.
I potem jest dól i totalna załamka. I oczywiście myśl, że jesteś beznadziejna. Miałam wrażenie, ze to wszystko mogło spotkać tylko mnie. Ale pojawił się, jak już kiedyś wspominałam, pan J. Dawna miłość. I muszę mu podziękować za to, ze poświecił dla mnie swój cenny czas. Pokazał mi, że jestem kimś(wiem, nieskromnie). Po prostu mi pomógł. Pomógł mi rozmową, swoim poglądem na świat. Pomógł mi, bo okazał mi czułość, której w tamtym momencie potrzebowałam. Potem nie myślałam o panu M. tylko o J. I to mnie pochłonęło. Skończyły się wakacje, przyszła szkoła a przed snem pan J. M. dla mnie nie istniał. Gdzieś tam był, spotykałam go, ale był dla mnie obcy. Interesowałam się jego życiem, cieszyłam się z tego, że nie układa mu się z Suką, ale to tylko przez zwykłą kobiecą zazdrość. Że on wybrał ją, a nie mnie.

Nie potrafiłam o nim myśleć. Coś mnie blokowało. Po prostu zamknęłam ten rozdział w mojej głowie i go schowałam głęboko. Gdy jakaś myśl o nim się nasuwała, odrzucałam ją. Nie byłam gotowa. To z pewnością szok pourazowy. Tylko że trochę oddalony od faktu. Ale ostatnio coś się zmieniło. Przeczytałam sms’y od niego z rogalem na twarzy. Ze wszystkimi wspomnieniami. Ostatnio pojawia się w mojej głowie coraz częściej. W marzeniach oczywiście. Wyobrażam sobie, jakby to było, gdyby.. Jakieś beznadziejne sytuacje. Ale wiem, że i tak nie będziemy razem. Nie ma szans. Po pierwsze: to rozstanie było bolesne. Po drugie: spotkaniami z J. skreśliłam wszystkie szanse, bo są dobrymi przyjaciółmi. Po trzecie: ostatnio zdarzyło się coś jeszcze, pewien incydent na imprezę, którym był świadkiem. Spędziłam miłe chwile z pewnym chłopakiem. A M. tez tam był. Nie zrobiłam tego specjalnie. Nie myślałam o nim wtedy.Zero uczuć. M. dla mnie nie istniał. Robiłam to, co chciałam. To nie było na pokaz, choć mogło to tak wyglądać..

To nie jest tak, że żałuje. Nie żałuje. Będąc z M. spędziłam najwspanialsze chwile jak dotąd. I to, że nie załamałam się całkowicie, to tylko dlatego, że to nie była moja wina. Ja nic nie zrobiłam źle. To jego wina. To on mnie odrzucił. I właśnie ta myśl była myślą przewodnią: „To nie twoja wina”. Nie wierzyłam, mówili, że nie był mnie wart, że dobrze że to koniec. To nic nie pomaga, bo człowiek po rozstaniu w to nie wierzy.
I zastanawiam się, czemu dotarło to do mnie tak późno. Nie, nie kocham go. Kochałam, ale z chwilą gdy powiedział, że to koniec, wszystko się skończyło. Urwała się ta nić, która nas łączyła. A co, jeśli gdzieś w głębi mi na nim zależy ? Nieee, to raczej nie możliwe. Choć denerwuje mnie myśl, ze mogłoby tak być. Może tej całej miłości się nie zapomina ? Chociaż jestem młoda i plotę głupoty. To nie miłość mnie przy nim trzyma. To po prostu kolejny etap tej terapii, zwanej zapominanie. Skoro przedtem się przed tym broniłam, dotarło to mnie teraz. I chyba tak musi być. To trzeba przejść. I nie twierdze, że M. jest dla mnie zakazany. Wiem z doświadczenia, że życie lubi niespodzianki, bo sam był dla mnie dużą niespodzianką. Po prostu na pewno nie teraz. Może kiedyś, gdy emocje opadną. A na daną chwilę nie ma nikogo. Właśnie !  Dlatego o nim myślę, bo nie mam o kim ! Genialnie. Czasem myślę o panu J. ale to czasem. A propos: ten człowiek wkurwia mnie coraz bardziej. Podły egoista. Lubię go, ale denerwuje mnie jego podejście do życia. No ale cóż, na daną chwile wstrzymuje się od jakichkolwiek kontaktów z tym człowiekiem. I pozostaje otwarta na inne. Jak to mówią – dużo rybek w tym akwarium. I tego się trzymam. Nie chcę z nikim być. Po prostu brakuje mi czułości i tego zainteresowania drugiego człowieka. Fajnie jest się do kogoś przytulić, ale jak chłopak i dziewczyna a nie przyjaciele. Fajnie jest być dla kogoś ważnym. A najlepiej to być z tym, kogo się najbardziej kocha.. Więc co dalej z panem M. ? Pewnie nic. Nie robię sobie nadziei, bo wiem, że to bezsensowne. Już dawno go sobie odpuściłam, ale jak to kiedyś sam powiedział:
„Może kiedyś. Tego się nie zapomina”

Słońca Łan <3

 

B jak BŁĘDY, czyli o bólu złego wyboru

Czy to nie dziwne, że słowo: „błąd” i „ból” zaczynają się na tą samą literę i tak doskonale do siebie pasują ? Nie, to nie dziwne. Bo te słowa są dla siebie odpowiedzią, wypełniają się i zawsze będą razem. Mimo tego, że nie chcemy. Życie..

Popełniłam w swoim życiu (tak,tak wiem mam dopiero 18 lat i już piszę o swoich błędach) wiele błędów. I z pewnością wszystkie były ważne, wszystkie miały jakieś konsekwencje. I na pewno wszystkie kształtowały mnie i mój charakter w jakiś sposób. Każdego żałowałam. Ale to właśnie ten ostatni błąd strasznie mnie skrzywdził. Sama się skrzywdziłam. Mój błąd..

Zdradziłam. Zdradziłam kogoś. Zjebałam. Zniszczyłam. Zepsułam. Zdetronizowałam, Pozbyłam się wszystkiego, co było zajebiste, ale dopiero-oczywiście- po fakcie sobie to uświadomiłam. Zdradziłam pewna osobę, na której teraz mi cholernie zależy i nie może przestać zależeć. Co prawda, nie brałam tego „zdarzenia” jako zdradę na początku, ale teraz wiem, że to była zdradza. Boże, co ja sobie wtedy myślałam !  Co ja miałam w głowie ! ? Wiedziałam, że jest pewna osoba, której zależy na mnie, ale nie miałam pojęcia, że będzie to coś poważniejszego. Brałam to jako zabawę, coś co nigdy wcześniej mi się nie przydarzyło. Bawiłam się, nie byłam sobą. I jak przystało na osobę, która wcześniej czy później coś „jebie”, zjebałam. Haha, teraz wiem, co to znaczy docenić coś po stracie. I doceniłam. Bardzo. Wiem, że czasu nie cofnę,ale bardzo bym chciała. Wiem, że moje słowa nic nie zmienią, ale błagam: jeszcze jedną szansę ! Szanse na naprawienie, szanse na pokazanie, szanse na poznanie i utworzenie nowych wspomnień. Bo ten jeden wypadek, ten hmm.. jak do tej pory najzajebistrzy kwadrans w moim życiu, zepsuł wszystko. I wiem, że to tylko i wyłącznie moja wina. I strasznie tego żałuje. Nie ma dnia, żebym nie żałowała..

Więc pytanie: po co tak naprawdę ludzie popełniają błędy ? Chyba tylko dlatego, żeby nie popełniać ich po raz drugi. I dlatego, żeby poczuć się podle. Bo tak się czuje. Zraniłam chłopaka, za którym tęsknie, którego uwielbiam, na którym mi zależy, którego pragnę i którego kocham..Tak, oczywiście musiałam zorientować się dopiero niedawno co do niego czuję. Wcześniej był dla mnie tylko kolega, wiedziałam, że mu się podobam ale nic więcej. A pewnego dnia, na pewnej imprezie wybrałam innego. Tylko na chwile, na moment. I właśnie „ten” moment przekreślił wszystko. Nie mam teraz nic. Znowu sama, bez kogoś, kto byłby mój..

Bo błędy bolą, ale to właśnie one uświadamiają nam, czego nie powinniśmy robić po raz drugi. I tym bardziej, jeżeli ktoś przez nam cierpiał. Chyba właśnie na tym  polega istota złych wyborów i złych opcji – że prędzej czy później każdy będzie ich żałował. I to one właśnie, prawdopodobnie, kształtują nasz charakter i umiejętność dobrego wybierania. Tylko pytanie: po co nam one, skoro zawsze ktoś cierpi ? Zawsze ktoś żałuje, bez względu na to, czy robimy coś naumyślnie czy przez przypadek. Bo błędy z premedytacją zapewne bolą bardziej. I ich trudno jest wybaczyć. Ale co z błędami, które są popełnianie tylko przez”przypadek” o ile takie mogą w ogóle być ?  Czasem robimy coś głupiego, pod wpływem chwili, nie myśląc o konsekwencjach i nieświadomie tym ranimy kogoś. Czy takie błędy łatwo wybaczyć ? Pewnie jest trudno, i nie wiem czy umiałabym po prostu zapomnieć. Ale jeżeli ktoś okazuje skruchę i naprawdę tego żałuje, to czy nie warto ? Przecież trzeba wybaczać, bo gdyby ludzie sobie nie wybaczali, świat by nie istniał .Nikt by nikogo nie kochał, każdy byłby sam. Bo sztuka wybaczania jest bardzo ważna. To ona tworzy współczesny świat, bo przecież nawet te najmniejsze błędy są wybaczane. I pytanie kolejne: czy zdradę łatwo wybaczyć ? Czy potrafi się być z kimś, kto kiedyś cię olał ? Choćby na chwile, ale olał ? Czy potrafi się wybaczyć osobie, którą, pomimo wszystko, się kocha ?
Na to pytanie, zapewne, odpowie czas.
A ja błagam, o tą „ostatnia” szansę !

M <3