Strach.

Boimy się przyznać, że ktoś jest dla nas ważny.
Boimy się się przyznać, że powoli uzależniamy się od kogoś.
Boimy się uświadomić sobie, że z tęsknotą wyczekujemy na kogoś.
Boimy się reakcji innych.
Boimy się, jak to będzie.
Boimy się nowego.
Boimy się zaangażować.

 

Czy samotność jest dobra?

Czy to normalnie, że człowiek nie chce się angażować? Że lubi swoje życie takim jakim jest, ceni sobie wolność? Czy na odwrót – człowiek jest stworzony, żeby być z drugim człowiekiem?

Nie chcę się angażować. Podoba mi się moje życie takim jakim jest. Okej, czasem mam dość bycia samotną. Bo spójrzmy prawdzie w oczy – fajnie by było czasem się do kogoś przytulić, pocałować być dla kogoś numerem jeden. Taa.. fajnie ale na moment. Potem i tak się to wszystko kończy, prędzej czy później. I co zostaje? Wspomnienia, ból i znowu samotność..

Mam 20 lat i w zasadzie jeden poważny związek za sobą. Dosyć bujne życie towarzyskie. Do tego dochodzi platoniczne uczucie, które nie może się spełnić, bo moja sympatia jest idiotą.

To nie tak, że miłość skopała mi dupę czy coś. Po prostu moja wiara w prawdziwe związki, gdy ma się naście i powyżej dwudziestu lat umarła. Rozumiem, trzeba mieć wiele facetów, żeby później wybrać tego jednego. Ale po co od razu się deklarować? Po co mówić do kogoś ‘kocham cię’, skoro za miesiąc będziecie się nienawidzić? To tylko puste słowa.Do tego dochodzi również strach przed zaangażowaniem. Strach przed tym ,co będzie. Samo w sobie poznawanie drugiej osoby jest ciekawe i wciąga, naprawdę wciąga. Samo ukazywanie siebie takim jakim jest się naprawdę jest interesujące. Ale ten strach – strach przed tym, jak to będzie. Jak się powinno zachowywać, co ludzie powiedzą, czy jestem dla tej osoby dość dobra. Strach przed tym, że to wszystko i tak się kiedyś skończy. Że wszystko co jest naprawdę ważne, przeminie.

Chyba na razie chce być sama. Z wyboru. Chce być wolna, aby zasmakować tej młodości całkowicie. Kiedyś i tak przyjdzie czas na miłość…

 

Instagram – jakby ktoś miał i był zainteresowany:


http://instagram.com/aangiess#

Jestem idiotką.

*przepraszam z góry, za wszystkie wulgaryzmy, ale nie umiem nad tym zapanować

Jestem idiotką.

Jestem pojebana. I otwarcie się do tego przyznaje. Wiem, że nie powinnam, ale z własnej winy się zadręczam. Bo po chuj o Nim myślę? Znowu. Był okres, kiedy w ogóle o Nim nie myślałam (nie okłamujmy się-prawie), ale na pewno nie w takiej ilości jak teraz. Ale to chyba dlatego, że teraz częściej go widzę. I jeszcze do tego ta jego, pożal się Boże „dziewczyna”. Jeszcze jakby to było jakieś big love, ale błagam, co to w ogole jest?!
Historia jest taka: leciał na jedną dziewczynę, wiem, bo sam mi to mówił, ale ona go nie chciała. I wymyśliła sobie, że powie swojej słit przyjaciółce, że On leci na nią (na tą przyjaciółkę)i odwrotnie- że ona leci na niego. I zaczęli ze sobą chodzić, tak nagle. Nie mówiąc już o tym że ta dziewczyna wkopała także mojego kuzyna, a jego przyjaciela, któremu strasznie podobala się owa dziewczyna, z którą chodzi teraz On. Suki. Obie.

Tak, wiem, aż kipię czystą niepochamowaną zazdrością. Zazdrość- coż za uczucie. Prawda jest taka i nie mam zamiaru się oszukiwać, jestem zazdrosna o niego. Nie będe tutaj pieprzyć tych wszystkich pierdół typu, że nie powinnam,  że mi nie wolno bla bla bla… To nic nie daje. I tak będe zazdrosna dalej. Ja pierdole tylko że ja nie chce być! To naprawdę nie jest mi potrzebne do życia. Okej, rozumiem, być zazdrosnym o kogoś, kto coś do ciebie czuje, ale być zazdrosnym o jakiegoś idiotę, to już inna historia.
Nie daję sobie rady. Nie radzę sobie. To wszystko jest tak pojebane, że aż chce mi sie śmiać i płakać jednocześnie.. I jeszcze to uczucie w środku. Ta bezradność kiedy nie można nic zrobić. Kiedy zostajesz sam ze swoimi myślami i swoimi uczuciami. Kiedy widzisz Tą osobę, która nie patrzy na ciebie, tylko na kogoś zupełnie innego. Ja pierdole, co jest ze mną nie tak? Czemu nie mogę mieć najnormalniej w świecie „wyjebane”, tylko się przejmuje?! I jeszcze ‚czym’ się przejmuje – człowiekiem, który całkowicie ma na mnie mnie w dupie i dla którego znaczę tyle co nic. Wiem, żałosna jestem.
Tylko to boli. I czasem mam wrażenie, że już zawsze będe mieć słabość do Niego. Że już zawsze gdzieś będzie On. Owszem, będa jakieś romanse, ale co to zmieni? Czy muszę być skazana na niego?
To mnie rani. Nie on, bo on nie jest winny. Ranię się sama. Dobrowolnie i świadomie.

Dobra nie okłamujmy się – nie mogę NIE pisać o panu J. Nie mam z kim pogadać na ten temat, więc pozostanie mi pisanie o nim. Przepraszam, bo obiecałam, że już nie będe, kiedyś tam.No nie dam rady.

Frajerka, idiotka, naiwniaczka, kretynka..Cała ja.

N jak NADZIEJA, czyli matka głupich?

‚Nadzieja matką głupich’ powiadają. Bo czym naprawdę jest nadzieja? Jest hmm.. uczuciem? Chyba nie można jej tak nazwać. Ona nie mieści się w żadnym pojęciu. Ona po prostu jest. Nie da się jej zdefiniować. Gdy człowiek jej doświadcza, po prostu to wie.

Warto mieć nadzieję? Czymże jest nadzieja w dzisiejszym świecie. Dzisiaj wszystko zmienia się z minuty na minutę i nasze życie może zmienić się w każdym momencie. Czy z tego powodu warto ja mieć?
Mamy nadzieję zawsze kiedy znajdziemy się w jakieś beznadziejnej sytuacji, gdy wszystko obraca się przeciwko nam. Wtedy nachodzi nas właśnie ta myśl: ” Może się wszystko zmieni? Może będzie lepiej?” No właśnie – może. Tylko to „może” i to słowo kieruje nas w stronę nadziei. Nadziei, która pozwala przeżyć w najbardziej krytycznym momencie naszego życia. Tak po prostu. Bo właśnie ta niepewność, że wszystko może być dobrze trzyma nas jeszcze w dobrym stanie. Bo co jeśli życie całkowicie się od nas odwrócili? Wtedy myślisz i mówisz: ” Mam nadzieję, że..” I od razu do głowy przychodzi ci myśl, że wszystko będzie dobrze, że jeszcze nie wszystko stracone..
„Nadzieja umiera ostatnia” powiadają. Bo czymże byłby człowiek bez nadziei? Pewnie załamałby się całkowicie i nie walczył. Poddałby się. Dla niego byłby już koniec. Bo warto mieć nadzieję. To coś, co trzyma nas przy życiu i co pozwala nam wierzyć w marzenia. Jeśli życie układa się nie po naszej myśli, kiedy wszystko dookoła się wali, trzeba walczyć. A do tego trzeba mieć nadzieję na lepsze jutro!

 

 

„Ja wierzę. Naprawdę. Gdzieś w sobie trzymam uczucie. Mam nadzieję. Mam nadzieję i zawsze będę ja mieć. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła tak po prostu do Ciebie podejść, popatrzyć w Twoje zielone oczy, zobaczyć Twój zakłopotany uśmiech. Mam nadzieję, że stanę na palcach, Ty schylisz głowę a ja Cię pocałuje. Tak po prostu.”

 

 

wstyd mi, tak bardzo wstyd.

K jak KONIEC, czyli są sprawy, które muszą się zakończyć

Siedzę w jego ulubionej miejscówce. Pale szluga. Nie robię tego często, dlatego kręci mi się w głowie. Jest kurewsko zimno. Myślę.

Jestem dla niego zwykła opcja. Koleżanka. Kimś, kto jest na każde jego zawołanie. Kimś, kto odda ci się dobrowolnie. Ze słabości. Zwykłej cholernej słabości. A może to nawyk? Zwykle przyzwyczajenie, z którym da się walczyć? Może to wszystko jest jak papieros? Palisz bo lubisz ale tak naprawdę zabija cię to od środka. A może to choroba? Tylko jak zdefiniować ta dolegliwość? „Stan miłosny charakteryzujący się uwielbieniem danej osoby, myśleniem o niej, dostrzeganiem tylko jej zalet (z postępem choroby także jej wad) oraz pociągiem fizycznym. Zarażony nie dba o siebie, nie widzi nowych osobników, dostrzega tylko dana osobę. Jest w stanie poświęcić dla niego wiele, czasem zbyt dużo. Często jest wykorzystywany przez danego osobnika, ma tego świadomość ale i tak dąży do tego dalej.” Brzmi idiotyczne.
Jestem idiotka. Ja wiem, zdaje sobie sprawę z tego, że to wszystko jest bez sensu. Ulegam mu, choć wiem, że to dla niego tylko chwila. Ja jestem ta chwila. Jedną z wielu, bo przecież wiem jaki jest. Sam opowiada mi o laskach, na które leci. Czy mnie to boli? Gdzieś tak, ale nie staram się nie brać tego do siebie. Bo po co?
I tak właśnie nadszedł dzień, w którym dotarło do mnie, że to nie ma sensu. Tak, tak, wiem że wielokrotnie to mówiłam, ale teraz to już na pewno. Siedziałam na twoich kolanach i pomyślałam sobie, że jednak to nie to. To wszystko, te nasze spotkania były bezuczuciowe. Te pocałunki, to dotykanie się.. Było fajnie, ale zbyt automatyczne. Co innego całować osobę, którą się naprawdę kocha. To całkiem inne uczucie, nie podobne do tego, które czułam będąc z tobą. Coś się wypaliło, nie ma tego co kiedyś. Tylko pytanie: co naprawdę było ?
Owszem, zawsze pozostanie dla mnie kimś ważnym. Będzie moim kumplem, niezależnie od wszystkiego. Jego nie da się nie lubić. Da się z nim po prostu pogadać jak z kumplem. Bo jest i powinien być dla mnie kolegą tylko i wyłącznie.
Ostatnio to sobie obiecałam. I nie tylko sobie, mojej przyjaciółce też. Obiecałam, że już nigdy więcej nic nie będzie mnie łączyć z tym człowiekiem. Dobra, trzy tygodnie temu złamałam obietnice. Spotkałam się z nim mimo tego wszystkiego. Ale tego potrzebowałam. Wtedy dotarło do mnie, że to już koniec. Koniec tej zabawy. To było pożegnanie. Było fajnie na początku, ale trzeba to zakończyć. Teraz, kiedy nie zniszczyło mnie to tak do końca, kiedy potrafię się pozbierać. Muszę się z tego wyleczyć. Nie chce ranić siebie i innych.

Czy dam radę ? Muszę. Muszę i nie mam wyjścia. Teraz mi się uda. Mam do tego siłę i motywację. Nie da się ograniczyć naszych kontaktów na tle grupowym, ale nie zgodzę się te sam na sam. Będzie dla  mnie tylko kolegą, to postanowione. Przynajmniej pokażę sobie i jemu, że jestem coś warta. Może wtedy coś do niego dotrze. Odnajdę swoją wartość.
I postaram się, żeby jego imię już więcej się tutaj nie przewijało.
Za dużo tego było.
To koniec tej love story.
Koniec mnie i pana J.
Nareszcie.