P jak POŻEGNANIE czyli do pana M.

Wczoraj wykasowałam z Facebooku  wszystkie zdjęcia związane z panem M. I wiecie co ? Jestem z siebie dumna. Bo tak naprawdę rok temu, w walentynki to wszystko się zaczęło.. To całe, pożal się Boże, Love Story. Owszem, było fajnie. I nie żałuje. Przynajmniej coś przeżyłam. I chociaż minie jeszcze dużo czasu, nie będę za nim rozpaczać. Nie warto. Bo po co ? Wiem, że już nic nigdy nie będzie i nie ma szans na powrót, więc nie ma sensu się przejmować. Było, minęło. Życie idzie dalej. Nie z nim, to z kimś innym. Przede mną jeszcze dużo miłości i rozczarowań, więc jeszcze będzie ciekawie. I chyba ogarnęłam powoli tą sytuacje. Przynajmniej wspomnienia wywołują uśmiech na mojej twarzy ; )

Dziękuje Ci, panie M. za to, że byłeś w moim życiu przez całe pół roku. Dziękuje za te wszystkie dobre i złe chwilę. Dziękuje za to, że pozwoliłeś mi uwierzyć w siebie. I uwierzyć w to, że jednak marzenia się spełniają. Byłeś moim marzeniem i Cię dostałam. Pokazałam wszystkim, że nie wolno się poddawać. Dzięki Tobie pokonałam swoje lęki i uwierzyłam w to, że mogę więcej. Dziękuje za wszystkie pocałunki, za wszystkie rozmowy i wszystkie nasze „akcje”. Za wszystko co wywołuje uśmiech na mojej twarzy do tej pory. Dziękuje za to, że byłeś dla mnie osobą numer jeden. Dziękuje !

 



Pan M. czyli krótka historia mojej „Miłości”…

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że dociera do mnie to, co miało dotrzeć parę miesięcy temu. Taki szok pourazowy, z półrocznym opóźnieniem. Ale to musiało się stać, prędzej czy później. I stało się. Dotarło do mnie, że to wszystko się skończyło.Wtedy serce mi pękło. Dosłownie. Kiedy usłyszałam te słowa. „To koniec”. Powiedział, i odszedł. Niby coś tam tłumacząc, ale przede wszystkim kłamiąc. Po prostu odszedł.

Pan M. Imię od najsłynniejszego świętego na świecie, który obdarowuje nas prezentami. Ale dla mnie i tutaj niech będzie pan M. Będzie mi jakoś łatwiej. Kim dla mnie był ? Najważniejszą osobą na świecie. Dokładnie od tamtego sylwestra.Wtedy to wszystko się zaczęło. Cała nasza znajomość. Wszystkie sms’y, spotkania, flirty. Powoli się do niego przekonywałam, chociaż tego nie chciałam. A potem była impreza, po której, wydawało mi się, że wszystko się skończyło.. Tak to wyglądało. Zresztą sam przyznał, że to nie ma sensu, że po tym incydencie już nie będzie tak jak było. I wtedy dotarło do mnie, że go kocham. Tak naprawdę. Wcześniej się do tego nie przyznawałam, ale taka była prawda. Kochałam go, a on kochał mnie..
Potem nadszedł okres tak zwanej separacji. Totalny dół. Bez możliwości wyjścia. Załamanie moje i jego. Aż do momentu, kiedy do niego dotarło. Dotarło, że nie może o mnie zapomnieć. A ja o nim. Dobijała nas ta obojętność w stosunku do siebie. I wtedy właśnie spełniło się moje marzenie, spełniła się to,co chciałam. Chciałam być z nim. I byliśmy razem. Tak po prostu, tak prawdziwie. Bez tego dziecinnego: „Będziesz ze mną chodzić”. Po prostu. Rozmowa, która zmieniła wiele, była po prostu niesamowita. Taka już hmm.. całkiem dorosła. Wszystko to, co leżało nam na sercu zostało powiedziane, wszystkie smutki odpłynęły.

Byłam ja i pan M.  A. i M. Oboje. Ja jego, on mój. Ideał. Wysoki, przystojny z burzą kręconych włosów dookoła głowy. Kudłaty. Mój Kudłaty, nikogo więcej. I było cudownie. Wszystkie spotkania, wszystkie pocałunki, wszystkie akcje, wszystkie spojrzenia, maleńka zazdrość, wszystkie rozmowy. Wszystko było tak jak powinno być. Oczywiście, jak przystało na osobę, która nie docenia siebie tak jak powinna, nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam uwierzyć w to, że to wszystko się dzieje. Byłam mega szczęśliwa. Były wakacje, które spędzałam z najlepszymi ludźmi i z kimś, kogo kochałam.
Ale gdzieś w głębi serca totalnie się bałam. Na początku były te wszystkie pytania, jak to będzie i w ogóle. Ale ten strach minął. Potem przyszło to uczucie. Dziwne uczucie. Przez cały czas miałam wrażenie, że to zaraz się skończy. Bałam się tego, ale nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Po prostu jakaś maleńka część w mojej głowie się bała. Ale to pewnie dlatego, że to jestem ja. Osoba, która zawsze wszystkim się przejmuje.
Life is brutal, jak to mówią. Pewnego dnia wszystko się skończyło bo pojawiła się ta druga. Nie będę owijać  w bawełnę, że jej nienawidzę. Suka. Po prostu się pojawiła, a pan M. nie omieszkał się nią zainteresować. I wtedy wszystko się skończyło. Wszystko. Całe to popierdolone love story ! Nie było nic, z dnia na dzień wszystko się zmieniło.

Rozstanie ? Chujowe uczucie. Ból ? Niedopisania. I pierwszy i z pewnością nie ostatni płacz przez faceta. Potem był alkohol i zapijanie smutków. Pomogło na chwile, na tą najgorszą chwile, bo nie myślisz o Nim tylko o twoim kacu. Polecam. Potem są ludzie, którzy ci pomogą. Możesz się wypłakać, a oni nic ci nie powiedzą. Ale to są ludzie, których jest mało.
I potem jest dól i totalna załamka. I oczywiście myśl, że jesteś beznadziejna. Miałam wrażenie, ze to wszystko mogło spotkać tylko mnie. Ale pojawił się, jak już kiedyś wspominałam, pan J. Dawna miłość. I muszę mu podziękować za to, ze poświecił dla mnie swój cenny czas. Pokazał mi, że jestem kimś(wiem, nieskromnie). Po prostu mi pomógł. Pomógł mi rozmową, swoim poglądem na świat. Pomógł mi, bo okazał mi czułość, której w tamtym momencie potrzebowałam. Potem nie myślałam o panu M. tylko o J. I to mnie pochłonęło. Skończyły się wakacje, przyszła szkoła a przed snem pan J. M. dla mnie nie istniał. Gdzieś tam był, spotykałam go, ale był dla mnie obcy. Interesowałam się jego życiem, cieszyłam się z tego, że nie układa mu się z Suką, ale to tylko przez zwykłą kobiecą zazdrość. Że on wybrał ją, a nie mnie.

Nie potrafiłam o nim myśleć. Coś mnie blokowało. Po prostu zamknęłam ten rozdział w mojej głowie i go schowałam głęboko. Gdy jakaś myśl o nim się nasuwała, odrzucałam ją. Nie byłam gotowa. To z pewnością szok pourazowy. Tylko że trochę oddalony od faktu. Ale ostatnio coś się zmieniło. Przeczytałam sms’y od niego z rogalem na twarzy. Ze wszystkimi wspomnieniami. Ostatnio pojawia się w mojej głowie coraz częściej. W marzeniach oczywiście. Wyobrażam sobie, jakby to było, gdyby.. Jakieś beznadziejne sytuacje. Ale wiem, że i tak nie będziemy razem. Nie ma szans. Po pierwsze: to rozstanie było bolesne. Po drugie: spotkaniami z J. skreśliłam wszystkie szanse, bo są dobrymi przyjaciółmi. Po trzecie: ostatnio zdarzyło się coś jeszcze, pewien incydent na imprezę, którym był świadkiem. Spędziłam miłe chwile z pewnym chłopakiem. A M. tez tam był. Nie zrobiłam tego specjalnie. Nie myślałam o nim wtedy.Zero uczuć. M. dla mnie nie istniał. Robiłam to, co chciałam. To nie było na pokaz, choć mogło to tak wyglądać..

To nie jest tak, że żałuje. Nie żałuje. Będąc z M. spędziłam najwspanialsze chwile jak dotąd. I to, że nie załamałam się całkowicie, to tylko dlatego, że to nie była moja wina. Ja nic nie zrobiłam źle. To jego wina. To on mnie odrzucił. I właśnie ta myśl była myślą przewodnią: „To nie twoja wina”. Nie wierzyłam, mówili, że nie był mnie wart, że dobrze że to koniec. To nic nie pomaga, bo człowiek po rozstaniu w to nie wierzy.
I zastanawiam się, czemu dotarło to do mnie tak późno. Nie, nie kocham go. Kochałam, ale z chwilą gdy powiedział, że to koniec, wszystko się skończyło. Urwała się ta nić, która nas łączyła. A co, jeśli gdzieś w głębi mi na nim zależy ? Nieee, to raczej nie możliwe. Choć denerwuje mnie myśl, ze mogłoby tak być. Może tej całej miłości się nie zapomina ? Chociaż jestem młoda i plotę głupoty. To nie miłość mnie przy nim trzyma. To po prostu kolejny etap tej terapii, zwanej zapominanie. Skoro przedtem się przed tym broniłam, dotarło to mnie teraz. I chyba tak musi być. To trzeba przejść. I nie twierdze, że M. jest dla mnie zakazany. Wiem z doświadczenia, że życie lubi niespodzianki, bo sam był dla mnie dużą niespodzianką. Po prostu na pewno nie teraz. Może kiedyś, gdy emocje opadną. A na daną chwilę nie ma nikogo. Właśnie !  Dlatego o nim myślę, bo nie mam o kim ! Genialnie. Czasem myślę o panu J. ale to czasem. A propos: ten człowiek wkurwia mnie coraz bardziej. Podły egoista. Lubię go, ale denerwuje mnie jego podejście do życia. No ale cóż, na daną chwile wstrzymuje się od jakichkolwiek kontaktów z tym człowiekiem. I pozostaje otwarta na inne. Jak to mówią – dużo rybek w tym akwarium. I tego się trzymam. Nie chcę z nikim być. Po prostu brakuje mi czułości i tego zainteresowania drugiego człowieka. Fajnie jest się do kogoś przytulić, ale jak chłopak i dziewczyna a nie przyjaciele. Fajnie jest być dla kogoś ważnym. A najlepiej to być z tym, kogo się najbardziej kocha.. Więc co dalej z panem M. ? Pewnie nic. Nie robię sobie nadziei, bo wiem, że to bezsensowne. Już dawno go sobie odpuściłam, ale jak to kiedyś sam powiedział:
„Może kiedyś. Tego się nie zapomina”

Słońca Łan <3

 

M jak MIŁOŚĆ, czyli pierwsze miłości

Przytłoczyła mnie. Ta cała jebana dorosłość. Wiem, że to co było już nigdy nie wróci. Wiem, że się zmieniam i zmieniają się ludzie wokół mnie. Widzę te zmiany po mnie i po moich znajomych. Ja jestem inna a inni są inni. Nie tacy jak przedtem. Starzejemy się, co tu dużo mówić. Nie mam na to wpływu. Tak po prostu jest.
Tylko że ja to czuję. Dochodzę do wniosku, że wszystkie te zdarzenia, które teraz przeżywam są naturalne, tak powinno być. Wszystkie poważne rozmowy, rozczarowania, decyzje..Pewnie to tylko namiastka tego co mnie czeka, ale już teraz jest ciężko. I pewnie nie tylko mnie,pewnie wszystkim nastolatkom na całym świecie.
Co jest jeszcze dziwnego w tym wszystkim ? To że tego nie ogarniam. Totalnie nie ogarniam. Nie mam pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Gdy byłam młodsza fascynował mnie świat dorosłych. Oglądając seriale czy czytając „poważne”jak dla mnie w tamtych czasach książki nie miałam pojęcia, że tak naprawdę jest. A że jestem osoba o wybujałej wyobraźni wyobrażałam sobie siebie w takich sytuacjach. Poważne rozmowy, spotkania z różnymi ludźmi, pytania typu:”co powinnam zrobić w tej sytuacji”.

I oczywiście jak przystało na typową wieeelką romantyczkę, pierwsze miłości. Właściwie to pierwsza wielka miłość. Jedyna i nieodwołalna. I oczywiście platoniczna, nie mająca szansy się spełnić. Pan Z. tak go nazwijmy. Boże, jak ja byłam w nim zakochana. Oczywiście dziecinne zakochana. Bo w sumie to nigdy z nim nie rozmawiałam. To było takie dziwne po prostu. Straaaaasznie mi się podobał. Mój ideał: wysoki, ciemne oczy, opalony, wysportowany brunet. Kochałam na niego patrzeć. Ale że było to platoniczne, z wiekiem mi przeszło.
Kolejna wielka miłość ? Bardziej dojrzalsza. Pan J. I mój pierwszy”chłopak”. O ile można było to nazwać związkiem. Też zbyt dziecinne. Bałam się że coś zjebie, nie zachowywałam się przy nim naturalnie. Przez tą, hmm… miłość zepsułam przyjaźń z moją przyjaciółką. Za dużo by pisać, zbyt to wszystko pogmatwane. Ale i tak wszystko ułożyło się dobrze. Z przyjaciółka się pogodziłam a z Panem J. zostaliśmy przyjaciółmi. Ale i tak dlugoooo trwało to, że mi przeszło. W zasadzie do teraz. Niedawno zrozumiałam, że mi przeszło. Choć czasem się zastanawiam czy na serio. Momentami mam wrażenie że nadal mi zależy. W zasadzie to jak go widzę. Kolejny ideał. O taaaak: wysoki, przystojny, wysportowany, dłuższe brązowe włosy, zielone oczy.. Mega ;D
A co teraz jest ? Hmm.. Teraz jest pan M. Taaak. Pogmatwane to wszystko beznadziejnie. W zasadzie to jestem w nim zakochana. I byłoby wszystko zajebiście, gdyby nie pan J. No, ale skoro jestem tak beznadziejnie beznadziejna i robię rzeczy, których nie powinnam to tak jest. I bardzo żałuje. Bo gdyby nie jedna sytuacja byłoby zajebiście. Miałabym pana M. na wyciągnięcie reki. W zasadzie to mam, ale on się przed tym broni. Ale uwielbiam go. Uwielbiam jego uśmiech, oczy. Uwielbiam go całować. Uwielbiam jego dłuższe, kręcone włosy. Uwielbiam !

Tak. Wychodzę na to, że jestem pewnie zajebiście dziwna osobą. Status „wielkich” miłości na osiemnaście lat życia: trzy. I pytanie:tylko czy aż ? Bo patrząc na opowiadania moich koleżanek, ich miłości było o wiele więcej. I czasem zastanawiam się od czego to zależy. Może tylko ja taka jestem ?

I co będzie dalej ? Hmm.. nie wiem. Ale wiem, że muszę naprawić parę spraw a przede wszystkim przestać się bać i zwracać uwagę na to, co myślą o mnie inni.
W pewnych sprawach muszę być egoistką.